opinie | recenzje

Review #11 – Inglot lipstick 411

Długo szukałam szminki idealnej… Należę do tej grupy kobiet, która nie wychodzą z domu bez makijażu (nie, nie mam spożywczaka za rogiem ;)). Uważam, że delikatne podkreślanie urody na co dzień jest bardzo eleganckie.

Czasem jednak zwyczajnie się nie chce. Nie oszukujmy się – wczesne pobudki czy „stan poimprezowy” nie sprzyjają siedzeniu przed lustrem. Od pewnego czasu stosuję więc sztuczkę, która… sprawdza się. Maluje tylko usta i tuszuje rzęsy. Już tyle razy usłyszałam, że wyglądam pięknie (lub mam piękny makijaż), gdy ograniczyłam się do tego prostego rozwiązania, że moja kolekcja szminek zaczęła rozrastać się w zawrotnym tempie.

Dziś więc chciałabym krótko opowiedzieć o mojej ulubienicy – matowej pomadce z Inglota.

Na co dzień lubię kolory ciemne, ale bez przesady – szminka ma podkreślać urodę, a bardzo ciemne szminki wymagają dużo zachodu z dokładnym obrysowywaniem ust, by je powiększyć. W szufladzie mam mnóstwo czerwieni, jakąś czerń i jeden ukochany różowy Apocalips (recenzja tutaj), postanowiłam więc tym razem znaleźć dla siebie coś w odcieniach fioletu.

Kolor, który dobrała mi sprzedawczyni jest zachwycający! Nie umiem opisywać barw (należę do tych kobiet, które jak większość mężczyzn, słysząc ile jest odcieni niebieskiego łapie się za głowę ;)), ale powiedziałabym, że jest to coś pomiędzy ciemnym wrzosem, śliwką, a kolorem bordowym. W każdym razie numer jej to 411.

 

Pomadka jest całkowicie matowa, co na ustach wygląda niezwykle elegancko. Wbrew obawom o niewygodne rozprowadzanie, nie mam problemów z równomiernym pokryciem ust. Należy tylko pamiętać o tym, by zawsze ją zamykać – w trakcie zakupów testowałam egzemplarz, który długo stał otwarty na wystawie i uzyskanie poślizgu na ustach było naprawdę problematyczne. Ja jednak mam swoją szminkę od kilku miesięcy i nie zauważyłam by malowało się nią gorzej niż na początku.

Mat utrzymuje się zadowalająco długo. Gdy intensywnie oblizujemy wargi i dużo pijemy, szminka nabierze oczywiście delikatnego połysku, ale nie jest to rażący efekt. Poza tym wystarczy jeden ruch pomadką, by odzyskać idealnie matowe wykończenie.

tuż po nałożeniu

usta po wypiciu wody

Trwałość także określiłabym jako zadziwiająco dobrą. Wiadomo – picie i jedzenie nie sprzyja kolorowym pomadkom, ale produkt od Inglota ściera się równomiernie. W sytuacji, gdy po prostu mamy ją na ustach – utrzymuje się niewzruszona przez wiele godzin. Nie jest też bardzo podatna na rozmazywanie, więc nie musimy obchodzić się z makijażem jak z jajkiem, bojąc się by, nie daj Boże, włosy opadły nam na twarz itp.

Dla mnie równie ważny jest zapach – nosimy przecież go przez cały dzień pod nosem. Tu znowu nie mogę mieć żadnych zarzutów, a wręcz przeciwnie – szminka pachnie cudownie! Jest to coś delikatnie słodkiego, trochę kwaśnego. Kojarzy mi się z jakimiś owocami… Smakowite.

Na koniec – opakowanie. Pora na pierwsze zarzuty. Owszem, jest piękne – czarne, eleganckie, na wysoki połysk. Niestety, dzięki temu jest bardzo śliskie. Otwarcie szminki w nakremowanych dłoniach lub np. zmarzniętych sprawia duże problemy. Nie da się szminki odkręcić – trzeba pociągnąć, więc lubi się wyślizgiwać, szczególnie wtedy, gdy nam się spieszy i rozpaczliwie jej potrzebujemy ;). Na szczęście moje opakowanie po pewnym czasie się wyrobiło. Nie jest też tak problematyczne, jak z innej serii z Inglota, którego otwieranie zawsze kosztowało mnie tyle nerwów, że po prostu przestałam je zamykać.

Dobra szminka to podstawa szybkiego makijażu – nauczyło mnie tego doświadczenie. Z Inglotem miałam różne przygody – czasem kosmetyki były lepsze, czasem gorsze. Zawsze jednak tam wędrowałam szukając kolorówki – mają naprawdę szeroki wybór odcieni. Ta szminka okazała się strzałem w dziesiątkę. Kosztowała ok. 20 zł, co nie jest dużą kwotą za jakość jaką gwarantuje.

Polecam. A Wy, macie swoje ulubienice?

31 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *