literatura | publicystyka

Sylwia-wolontariuszka, czyli krótka relacja z Gali Miss Polski na wózku 2014

Ten dziwny czas nastał w moim życiu. Gdy dni mijają jak szalone, a ja najchętniej zakopałabym się w łóżeczku i przespała do wiosny. Przyjdzie jeszcze lato w tym roku, prawda? Bo te chmury i zimno mnie rozleniwiają – a przecież tyle mam do zrobienia. Dlatego właśnie – dopiero dziś piszę tę notkę. Poranna (tak, wiem, jest popołudnie) kawa mnie budzi, a ja zaczynam z trybu zombie przełączać się na Sylwię-pracusia. No to… lecimy!

Tydzień temu wybrałam się na Galę Finałową Wyborów Miss Polski na wózku. Planowałam pojawić się na samej gali, Los jednak tym razem przybrał postać Znajomej i wciągnął mnie w Wolontariat. Od piątku więc zasuwałam. Przypomina mi się jak wiele lat temu rozważałam udział w jakiejś akcji. Nie było ważne co, liczyło się tylko to, by zadziałać. Wydawało mi się jednak, że to nie dla mnie – ograniczona małą miejscowością i niepełną sprawnością sądziłam, że nie będzie dla mnie zajęć. Na szczęście wiele czasu minęło, a mój mózg i poczucie własnej wartości ewoluowało. I choć nadal nie wiedziałam czym się będę mogła zająć – to z propozycji skorzystałam z najwyższą radością. Piszę to po to, by przypomnieć: każdy z nas może pomóc. Niby rzecz oczywista, a jednak – dla młodych i zakompleksionych może być zaskakująca.

Piątek 

Dotarłam do Warszawy w piątek. I od razu wpadłam w wir szaleństwa – przyszłe miss ćwiczyły choreografię, odbywały się sesje zdjęciowe, tu kogoś malowano, tam czesano, tu trzeba było znaleźć buty… Istne wariactwo – czyli sytuacja, w której czuję się jak ryba w wodzie. Było widać, że każdy chce dopiąć galę na ostatni guzik. Odliczaliśmy do niej godziny z niecierpliwością.

W międzyczasie – największa niespodzianka wyjazdu. Gdy nie było akurat co robić, zostałam wkręcona w sesję zdjęciową. Radocha – to po pierwsze, bo miałam pozować na pięknej, czerwonej i skórzanej kanapie. Szok – to po drugie. Nastąpił kilka dni później, gdy się dowiedziałam, że wylądowałam przed obiektywem fotografa, którego podziwiam od lat i który kształtował mój zmysł estetyczny. Niepozorny i sympatyczny człowiek okazał się jednym z Mistrzów… Może i dobrze, że dowiedziałam się o tym po fakcie, dni kilka później, gdy podesłał mi pierwszą zajawkę z sesji. Inaczej chyba bym zemdlała z wrażenia (i tyle byłoby ze zdjęć).

Przed obiektywem mistrza… Więcej pojawi się wkrótce na VamppiV! Fot. Anapt

Kilka godzin później wyruszyłam z jedną z finalistek na miasto. Fajnie znaleźć kogoś, kto odbiera na dokładnie tych samych falach. Łaziłyśmy z ulotkami – tak powiem w skrócie. Tego co robią dwie dziewczyny biegające po stolicy i o czym plotkują cytować nie zamierzam. Było super – po prostu. (kurtyna milczenia ;)) Natomiast o czymś niefajnym wspomnę – gdy już znalazłyśmy autobus powrotny, kierowca nie chciał nas zabrać. W autobusie jest tylko jedno miejsca dla wózka – koniec i kropka. W końcu bez słowa nas wpuścił, ale nerwów było przy tym sporo… Mi się tylko przypomniały zapchane autobusy nad morzem, gdy każdy stoi na każdym; powrót nocnym z Ursynaliów, gdzie ludzi było na pewno więcej, niż przepisy przewidują…

Gdy dotarłyśmy do akademików – znalazłam się w swoim żywiole. Potrzebny był copywriter łamane przez redaktor łamane przez ktoś kto umie pisać. Do północy ogarnęło się temat – i już. Jutro miał być wielki dzień…

Sobota


I znowu – pobudka i w drogę. Tu ćwiczenia, tu próby, tam malowanie. A jeszcze trzeba coś znaleźć, coś dostarczyć, czegoś przypilnować… Jak dla mnie – bomba! Gdy o 14. zaczynał się piknik integracyjny przypadło mi pilnowanie stoiska Jedynej Takiej i castingu do Agencji Butterfly. Rozstawiliśmy się, podrzuciłam kilka swoich książek… i szybko zaczęliśmy się zbierać. Wyobraźcie sobie jak lunęło – i jak desperacko ratowałam ulotki, książki, katalogi. Śmieszny widok, przysięgam.

Na szczęście deszcz minął szybko jak się pojawił i można było dalej zajmować się obowiązkami. Kilka książek sprzedałam, zgarnęliśmy na casting piękne dziewczyny… i minęło popołudnie. Przyszła pora na Galę.

 

Ach, co to była za Gala! Dziewczyny zaprezentowały się naprawdę zjawiskowo, a każdy dawał z siebie ile mógł. Siedziałam na publiczności oniemiała. I dumna, że wywiązałam się ze swoich zadań. Choć wybór jury był kontrowersyjny – jak to przy takich wyborach, to wygrała zdecydowanie dziewczyna najpiękniejsza. Julia, gratulacje!

Wieczór miałam dla siebie – w końcu mogłam odpuścić sobie stres, dopić piątą kawę (to chyba mój rekord) i posiedzieć z jedną z finalistek, którą poznałam w sieci, a nie miałyśmy ani chwili na rozmowę.

Na Gali spotkałam Sylwię Gajewską – niepełnosprawną fotomodelkę z pasją.
Zdjęcie na ściance musi być! Fot. Dariusz Gajko

Niedziela


I to właściwie tyle. W niedzielę wracaliśmy do domu. Choć dni były intensywne, to jak wiadomo – co było za kulisami, to za kulisami zostaje. Spodziewałam się, że notka będzie jeszcze krótsza – a tu proszę, rozgadałam się. Tęsknię za częścią ludzi, przerażają mnie trochę niektóre komentarze w sieci, nadal pracuję, nadzorując pewne sprawy (pssst). Mam co robić. I czuję satysfakcję. Tego każdemu życzę – prostej satysfakcji. To ona dodaje nam skrzydeł.

Przerwa na zdjęcia – trzeba korzystać, gdy widoki takie piękne! Fot. W. Piotr Wroński
Szalona ekipa działająca przy castingu Butterfly!

7 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *