stylizacje | makijaż

Outfit #96 – One track mind


Dążenie do kolorystycznej perfekcji bywa męczące – szczególnie gdy nie ma się do barw pamięci. Niejednokrotnie kupując jakąś rzecz myślałam: „o, będzie doskonale pasować z tym i z tym, a z tamtą bluzką to nawet wyjdzie komplet, bo mają ten sam odcień!”. Guzik. Nigdy nie mają, nigdy nie pasują. Wspomnienia barw na ogół okazują się nie mieć nic wspólnego z rzeczywistością.
Gdy ubieramy się w czerń (mrau!) lub tworzymy zestawy oparte na kontrastach – nie mamy tego problemu. Odcienie, drobne niuanse w wybarwieniu – nie istnieją. Liczy się ogólny efekt. Problem jednak pojawia się gdy chcemy ubrać się od stóp do głów w jeden kolor (co, swoją drogą, od pewnego czasu jest bardzo modne). Pół biedy, gdy cały zestaw kompletujemy w sklepie, na zakupach. Gorzej – gdy próbujemy elementy dobrać do czegoś, co mamy już w szafie. 
Z zestawami mono jest ten problem, że odcienie muszą idealnie się zgrać. Drobne różnice – nagle zaczynają bardzo się rzucać w oczy. Dopiero próbując ubrać się od stóp do głów w jeden kolor odkrywamy jak wiele jest odcieni. Choćby taka czerwień – może być strażacka, karminowa, ciemna, jasna, krzykliwa; może wpadać w tony niebieskie lub pomarańczowe… Do zwariowania.
Dziś prezentuję Wam właśnie taki zestaw – w jednym odcieniu. Jego historia jest dość zabawna. Tregginsy posiadam w szafie od dawna, pelerynę zresztą też (coś więcej na jej temat pisałam TUTAJ). Kupowałam je osobno, jako okazje, zgodnie ze starą zasadą: z czernią bosko się zgrają. Oczywiście eksperymentowałam, najczęściej zestawiając je z jasnym, rozbielonym różem – jest to jedno z moich ulubionych „nieoczywistych” połączeń. Ale najlepiej grało z czernią. Koniec, kropka. 
Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, gdy całkiem niedawno, przez przypadek – odkryłam, że te dwa ubrania są w identycznym odcieniu. Wielokrotnie przeszukiwałam sklepy, by stworzyć idealny zestaw w kolorze. A miałam go w szafie. Wystarczyło dobrać dodatki.
Jakie? Banalne, bo czarne. Musi być mrocznie (choć jak to kochana fotograf, autorka tych zdjęć określa: słodko-mrocznie tylko ze mną!). Jest więc szal, są klasyczne obcasy… i blezer (i, co chyba logiczne, bluzka pod blezerem, ale jej nie widać). O narzutce jednak wspominam – nie tylko z uwagi na wystające rękawy, ale przede wszystkim na czarne długie poły. Mar wszystkie takie wystające nieoczywistości określa jako menelskie – coś w tym jest. Współczesna elegancja bywa troszeczkę niechlujna. W tym cały urok, gdy coś tu dynda, a tam powiewa. Możemy czerpać z życia garściami nie martwiąc się o to, czy coś w stroju się nie przekręciło/przesunęło/wysunęło. Lubię taki elegancki luz.

 

Na zakończenie mały backstage – wreszcie z Perfectamente dorobiłyśmy się selfie. Robię ze swoją miną za mistrza drugiego planu – jest pozytywnie! Oprócz tego – zdjęcie kartki wypatrzonej na ławce. Uwielbiam takie pozytywne akcenty w przestrzeni miejskiej – ludzi dzielących się radością. Nie wiem jak Wam, ale mi zaraz morda się cieszy jak tak prosty i pozytywny przekaz widzę.

Treggings: New Yorker || Cape: Camaieu || Shoes: CCC || Blezer: H&M || Scarf, ring: no name

45 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *