stylizacje | makijaż

Outfit #107 – Personal Jesus


Szkło. Metal. Dżins. Czy to nie piękna kompozycja?

Wędrując z Perfectamente w okolicach Szkoły Muzycznej w Poznaniu i Uniwersytetu Ekonomicznego szukałyśmy idealnego pleneru na zdjęcia. Plan? Dach. Taras. Coś wysoko. Zaintrygowane informacją, że w Ekonomiku można wyjść na taras, rozpoczęłyśmy poszukiwania windy. Winda była. Szkoda, że nie działała. Winda na uczelni, jedyna pozwalająca dostać się do budynku. A nasz czas – jak zawsze wyliczony co do minuty – nie uwzględniał poszukiwań kogoś, kto miałby czarodziejski kluczyk. Śrubokręt. Magiczne palce uruchamiające przyciski. Lub coś w tym stylu.
W końcu idealny plener znalazłyśmy gdzieś między nowszymi budynkami wspomnianych szkół. Parking, skryty w cieniu, ze szkłem w pięknych odcieniach. I oszklony korytarz, do którego by dotrzeć, musiałyśmy przemknąć między skupionymi studentami. Stali z instrumentami. Zdawali się czekać na egzamin. W nowych, a przywodzących jednak na myśl odległe czasy, murach niosły się dźwięki próby. Ludzie zdawali się jacyś bardziej cisi niż na innych uczelniach. Skupieni. Może efekt chwili, może tak na nich działa ten budynek. Najważniejsze, że wypatrzony korytarz okazał się idealny. Szklany i nowoczesny.
Z Perfectamente się śmiejemy, że zawsze szukamy idealnego pleneru, a w końcu i tak trafiamy gdzieś, gdzie jest dużo szkła, metalu. Gdzieś gdzie rządzi nowoczesność. Ale wiecie co? Kocham taką architekturę. To mój styl.

Na prezentowany zestaw patrzę z uśmiechem. By nie rzec – ze śmiechem.

Dżinsy. Całkiem niedawno rozpisywałam się o tym, jak długo do dżinsów byłam nieprzekonana. Brakowało mi w nich charakteru. Oryginalności. Dopóki nie pojawiły się boyfriendy na sklepowych półkach. I – co bardziej inspirujące – w magazynach. Powiedzieć, że się zakochałam, to mało. To zabawne – dziewczyna, która przez lata nie miała na sobie luźnych spodni (bo noszę luźne góry, a jak klocek wyglądać nie zamierzam) – zainwestowała w najbardziej luzacki fason dostępny na rynku. Uwielbiam je. Szersze nogawki wywinięte nad kostką i dziury. Jasny kolor, tak niespotykany w mojej szafie. Wszystko.
Frędzle. Nie zgadniecie – jakieś dwa lata temu na widok frędzli dostawałam wysypki i uciekałam z krzykiem. Nadal patrzę na nie z dużą dozą nieufności. Co jednak się zmieniło? W sklepach pojawiły się…
Kimona. Moja miłość do wszelkich narzutek została zdominowana przez wakacyjne kimona. Wzorzyste, przezroczyste. I – oczywiście – z frędzlami. Bo w tym wydaniu wyglądają najlepiej. Swój ideał wypatrzyłam niecały rok temu w Tk Maxx. Zwykle tam nie wchodzę – nie mam cierpliwości do przebierania w wieszakach. Intuicja jednak mi podpowiadała, że znajdę tam to, czego szukam. Nie myliłam się – i tylko oczopląsu dostawałam wybierając między kolorami i wzorami. W końcu postawiłam na coś uniwersalnego dla mojej mrocznej garderoby – szarości. Swoją drogą kimono to stanowiło piękne pocieszenie… Październikowy poranek, wstałam przed świtem by dojechać do Poznania na Poznań Game Arena. Kolejkon – to sprawiło, że wycofałam się migiem i spędziłam godziny włócząc się po sklepach. Nie ma tego złego…?
I na koniec…
Szpice. Jestem (nie)szczęśliwą posiadaczką rozmiaru 34/35. Życie nauczyło mnie jednego: gdy widzę buty w swoim rozmiarze i nie wywołują odruchu wymiotnego – mierzyć! Jeśli jakimś cudem cena nie jest z kosmosu – brać!
Szpice były tym, co wywoływało we mnie odruch wymiotny. Szukałam jednak stosunkowo niskich, czarnych szpilek. Gdy więc wypatrzyłam model idealny, mający jedną zasadniczą wadę – nosek – zmierzyłam. Zła (był to dzień poszukiwania sandałów na szpilce, a w sandałach mam typowe 34), zmęczona, zdesperowana, uznałam, że przymierzę jedyne szpilki w CCC w moim rozmiarze. 
Zgadnijcie jakie słowo teraz padnie?

Tak! Zakochałam się. O dziwo na mojej maleńkiej stopie nie wyglądają tak karykaturalnie jak zwykle przewidywałam. Są proste. Eleganckie. Fajnie wydłużają linię nóg. 
Po raz kolejny w życiu sobie przypomniałam, że czasem warto zmierzyć coś, co pozornie nam się nie podoba. Bo wygląd na półce, a wygląd na człowieku – to dwie różne bajki.
Człowiek zmiennym jest. W gimnazjum, jako zbuntowana nastolatka, zasuwająca tylko w wielkich bojówkach, sztruksach, swetrach, koronkach i glanach przeczytałam w jakiejś gazecie, że gust człowiekowi zmienia się średnio co 7 lat. Pamiętam swoje przerażenie i przyrzeczenie, że mi się nigdy nie zmieni. Pozostanę sobą, na wieki wieków.
Jak widzicie na blogu – ani swetrów ani bojówek nie noszę. Nadal jednak nie lubię, gdy ktoś mówi o tym, że gust się zmienia. To, że mam na sobie zestaw składający się z elementów, których kiedyś nie znosiłam, nazwałabym ewolucją.
Tak lubię o stylu człowieka myśleć: jako o ewolucji. Ciągłym rozwoju. Ciągłym poszukiwaniu czegoś lepszego, ale bazującym na doświadczeniu z przeszłości. Styl ma odzwierciedlać charakter, duszę – a to się raczej co 7 lat nie zmienia.

Zmienia się natomiast nasze podejście do tego jak chcemy się czuć. Jak chcemy się prezentować, jaki kostium nosić. Ja tego lata coraz mocniej zakochuję się w rockowym street style’u. Oraz w mrocznym boho. Odważniej niż kiedyś miksuję elementy. 
W tym zestawie czułam się spektakularnie – tak jakbym mogła podbić świat, a gdyby ktoś mi stanął na drodze – wbić mu szpic w tętnicę. Ekhm, wampirzych zapędów chyba nigdy się nie pozbędę…
W tych zdjęciach jest siła. Ponoć ten zestaw jest seksowny. Lubię tak się czuć latem. Wydaje mi się jednak, że najseksowniejsza w nim jest moja pewność siebie.

A jak to jest z Wami? Kiedy ostatnio przekonaliście się do czegoś, co wydawało Wam się kompletną porażką?

Jeans: Cubus|| Shirt: Reserved || Shoes: CCC || Sunglasses: New Yorker || Kimono: Tk Maxx || Rings: H&M and no name || Necklace: no name || Bag: no name
Udanego tygodnia!
VamppiV

30 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *