stylizacje | makijaż

Outfit #110 – Gothic Girl

Rzeczywistość lubi się mną bawić. Żartować z moich „zawsze” i „nigdy”. Moda staje się zagadką, a zakupy walką o przetrwanie.
Nigdy umarło.
Dzisiejszą paplaninę zdominują najbrzydsze buty świata, których rok temu obiecywałam sobie nigdy nie założyć i wakacyjny luzak, który niespodziewanie stał się gotyckim hippisem. Zapraszam do lektury!

Pamiętacie post sprzed kilku tygodni, ten w którym wybrałam się po sandały, a wróciłam ze szpilkami ze szpicem? W miniony weekend zaliczyłam kolejne podejście do zakupu butów. Tym razem byłam w desperacji – w końcu słońce zaczęło prażyć tak, jak uwielbiam, a na wakacyjne wojaże koniecznie potrzebowałam czegoś na płaskiej podeszwie. Swoją drogą to jakiś fenomen, że z zakupem szpilek w swoim rozmiarze nigdy nie mam problemu, ale gdy muszę kupić płaskie buty czuję się niczym Frodo rozpoczynający wędrówkę swego życia.
Ostatecznie po kilku godzinach poszukiwań i przejściu wszystkich sklepów obuwniczych w Galerii Malta byłam na skraju załamania nerwowego. Nawet desperackie zaglądanie na działy dziecięce nic nie dawało – tam rozmiar 35 okazywał się zbyt duży (!), a inna sprawa, że o butach w motylki i kwiatki nie marzyłam. Z tymi rozmiarami to też jest coś nie tak – w Ryłko 35 było minimalnie za duże (ale nagle nie mogłam znaleźć żadnych płaskich sandałów), a w Kazarze (tak! zaglądałam nawet do sklepów, do których nie wchodzę, bo się boję cen widniejących na wystawach!) – 35 było porównywalne z przeciętnym 37. Jakieś szaleństwo.
Byłam w desperacji. Byłam w rozpaczy. Byłam bliska załamania: byle kupić jakiekolwiek sandały na płaskiej podeszwie, w których nie będę wyglądała jak słonica (w CCC trafiłam na dobre dziecięce, ale cieniutkie paseczki wbijające się w stopy nie sprawiały zgrabnego wrażenia)…
I trafiłam! W drodze do samochodu, w stanie załamania nerwowego, nierozważnie skorzystałam z windy w TK MAXX i wpadłam (dosłownie!) na półkę ze srebrnymi „birkenstockami”.
Klapkami. Ciapciami. Butami ortopedycznymi. Najokropniejszymi butami świata. Czy jakie tam jeszcze epitety zbierały rok temu, gdy były hipermodne.
Tak, zgadliście. Sama byłam wyznawczynią poglądu: nigdy takich paskudztw nie założę.
Gdy srebrzyste klapeczki zaatakowały mnie swoim blaskiem, a ja nierozważnie wciągnęłam na stopy rozmiar 33, który okazał się idealny – stało się jasne. Kupuję. W czymś latać trzeba.
A wiecie co jest w tym najśmieszniejsze? Jestem aktualnie w tych butach beznadziejnie zakochana. Przecież są takie śliczne! 
Uroczyście obiecuję w kwestiach mody nie używać słowa nigdy. Nigdy.
Dobór stylizacji to kolejny z zabawnych elementów dzisiejszej opowieści. Bo wiecie, zwykle gdy umawiam się z fotografem na zdjęcia ustalamy ogólny zarys – a to będzie coś wakacyjnego, a to tajemniczego. Czasem mówię wprost co będę miała na sobie, a czasem tylko zarysowuję charakter ubioru.
Czasem jednak mi to nie wychodzi…
Post ten planowany był jako „wakacyjny chillout”. Plan był prosty – są wakacje, stroić mi się nie chce, ukrop zachęca do zdejmowania, a nie zakładania. Poza tym blog ma przedstawiać moje codzienne zestawy, a nie wymyślne stylówy. W wakacje nie szaleję. Lenistwo tłumaczone minimalizmem? Być może.
Ostatecznie gdy wstałam w poniedziałek rano, wbiłam się w planowany zestaw – długą hippie kieckę i ukochane (tak, można się śmiać) buciki – czegoś mi brakowało. A mianowicie kilku stopni na termometrze.
Wybiegając z domu chwyciłam narzutkę, która wpadła mi w ręce. Traf chciał, że okazało się nią koronkowe bolerko z gotyckimi rozszerzanymi rękawami. Śmieję się, że to kolejny już post pod rząd, w którym mam na sobie coś od Queen of Darkness – ale te ubrania naprawdę doskonale uzupełniają moją garderobę, przemieniając zwyklaki w mroczne majstersztyki.
Tylko że na zwyklaka się z Perfectamente umawiałam…
Cóż mogę rzec – nie wyszło. Ale ten dziwny przypadek sprawił, że sesja co do której bałam się, że będzie trochę nudna, przez mój niewymyślny zestaw – stała się moją ulubioną z ostatniego czasu. Perfectamente sprawdziła się doskonale w takim mrocznym gotyckim klimacie!
A ja sobie przypomniałam za co kiedyś uwielbiałam takie stylówy. Za lekkość. Wiatr we włosach. Uczucie, gdy przemierzając ulice Poznania czuję się niczym w dekadenckim Paryżu. 
W tym sezonie znowu w sercu mi gra mroczne hippie. Zobaczymy jak długo tam zostanie.
Oczywiście nie byłabym sobą bez sporej dawki biżuterii. Wisiorek, który mam na sobie, odnalazłam niedawno. Skrył się na dnie szkatułki z biżuterią. Gdy wyrosłam z okresu dziecięcego – przestałam lubić delikatne łańcuszki. Nosiłam wtedy wieeeelkie krzyże na grubych łańcuchach i ogromne korale. Wszystko, co rzucało się w oczy.
Teraz wiem, że diabeł tkwi w szczegółach. Ten delfinek jest jedną z pamiątek z dzieciństwa. Tak jak pierścionek-delfin, do kompletu. Mają dla mnie ogromną wartość sentymentalną i jednocześnie są doskonałym świadectwem na to, że biżuteria nie musi być wielka. Ma być zauważalna. Po prostu.
Zostawiam Was ze zdjęciami. Mam nadzieję, że dzisiejsze anegdoty wywołały na Waszych twarzach taki sam uśmiech, jaki błąkał się na mojej, gdy je opisywałam.
Dajcie znać co u Was!
Ściskam,
VamppiV

  

dress: no name || bolero: Queen of Darkness || sunglasses: New Yorker || rings: no name || necklace: no name || shoes: TK Maxx

34 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *