stylizacje | makijaż

Outfit #111 – Letters from Hell

Dni pędzą jak szalone. Już w piątek ruszam do Warszawy na warsztaty Miss Polski na Wózku. Później czekają mnie nerwy związane z Galą Finałową. Niech wygra najpiękniejsza. 
Nerwówka. Przez dwa lata bezskutecznie startowałam w wyborach, w tym roku stoję po drugiej stronie barykady. Pełna nadziei, że wszystko wyjdzie tak jak należy, po raz setny przeglądam materiały i sprawdzam notatki szukając: co znowu zapomniałam zrobić.
Po Gali – powrót do domu, szybkie przepakowanie i wakacje. Nareszcie! Wymarzony Eurotrip przede mną. Cieszę się na myśl, że zobaczę tyle pięknych miejsc. Cieszy mnie także, że spędzę ten czas z bliskimi. Jest jednak jeszcze jeden powód do radości – zero internetu!
Nie, nie należę do tych, którzy ciągną ze sobą laptop na wakacje. W smartfonie dla pewności odinstalowuję wszystkie „facebooki i inne aplikacje”. Zostawiam sobie tylko Instagram, bo lubię to narzędzie. Ale myśl, że nie będę ciągle podłączona do sieci, a skrzynkę sprawdzę gdy będę chciała, a nie przymusowo kilka razy dziennie, sprawia mi tyle frajdy, że najchętniej bym skakała do sufitu.
Nie skaczę. Jeszcze ponad dwa tygodnie. Najpierw obowiązki. 
W tym: te przyjemne. Sesje zdjęciowe.
Nie zostawię Was przecież bez postów.

Po raz kolejny miałam przyjemność pozować dla Klaudia Photography. Bardzo sobie cenię jej prace, a wspólne działania to przyjemność. Dogadujemy się, po prostu. Lubię zresztą jej pomysły. Gdy usłyszałam „zróbmy coś innego” – trochę się przestraszyłam. Uwielbiam wyzwania, ale w mojej głowie pojawiły się obrazy Sylwii ubranej w różową koronkową sukienkę, w białych szpilkach, trzepoczącą sztucznymi rzęsami. Byłoby to zapewne ciekawe… Tak, ciekawe, to dobre słowo.
Na szczęście moja wyobraźnia została natychmiastowo pohamowana! Okazało się, że Klaudia ma na myśli zdjęcia z dymem. Przerażenie przerodziło się w entuzjazm, gdy wyobraziłam sobie strój nugotyckiej czarownicy spowitej kolorową chmurą. Mrau!
Entuzjazm entuzjazmem. Dopiero na miejscu się dowiedziałam, że to nie takie łatwe.
Zwykle sesje zdjęciowe, w których biorę udział, trwają około godziny. Kulka dymi szalone 10 sekund. Mieliśmy ich dwanaście.
Nie trzeba być mistrzem matematyki by wyliczyć, że tym razem sam proces fotografowania trwał 120 sekund, czyli dwie minuty. Nim zdążyłam się oswoić, że coś obok dymi, skwierczy i wydaje odgłosy jakby miało wybuchnąć – to już gasło.
Jednak frajda na widok kolorowej chmury wygrała ze strachem. I choć poparzony paluszek do tej pory udaje łapkę krokodyla, to stwierdzam, że było warto! Chcę więcej!
Pogadajmy o ubraniach. Wspomniałam, że zestaw z zamysłu miał być w stylu czarownicy. Długa spódnica – to chyba oczywiste! Znalezienie czegoś odpowiedniego w szafie – już niekoniecznie. W końcu przypomniało mi się o pewnym „zabytku”.
Gdzieś na wieszaku, wciśnięta między sukienkami, zwisała plisowana, półprzeźroczysta, spódniczka. Odpowiednio długa, odpowiednio zwiewna. W stylu tych, które teraz wiszą we wszystkich „Zarach i podobnych” kosztując fortunę.
To cudo uszyła moja mama. Spódniczka ma co najmniej 30 lat. I jest świetna!

Wybór reszty stał się oczywisty. Bluzeczka na ramiączkach spod której wystaje koronkowy biustonosz to jeden z tych podpatrzonych na innych blogach trendów, który wpadł mi w oko. Pierwszy raz w życiu odsłaniam kawałek brzucha, potocznie cielskiem zwanego. Niespodziewanie żadna „normalnej długości” bluzka przy tej spódnicy się dobrze nie prezentowała. Wszystkie kombinacje wydawały mi się zbyt ciężkie. Ten detal ją odświeżył. I nawet nie czułam się jak hipopotam w przykrótkim topie (a taka właśnie myśl zniechęcała mnie do tak skąpych długości).
Historię polowania na kapelusz już znacie. Jak nie znacie – to czytajcie TUTAJ. Wpadłam w jakąś kapeluszową manię. Dziś byłam siłą odciągana od stoiska ze słomkowym cudem – bo przecież takiego jeszcze nie mam! Wygrał zdrowy rozsądek – czyli brzydko powyginane słomki. Jeśli jednak to szaleństwo się utrzyma będę musiała wygospodarować jakiś pawlacz na kapelusze. Człowiek na starość jednak głupieje.

Szufladę na okulary już mam. Tak, te ogromne lenonki to nowy łup. A konkretniej spełnienie marzenia w wykonaniu Alicji – laska, raz jeszcze dziękuję! W Polsce nigdzie nie mogłam ich dostać. Te zostały przywiezione specjalnie dla mnie z Anglii i od razu zyskały miano ulubieńców. Kocham lenonki, ale w klasycznych zawsze mam wrażenie, że moja głowa jest jeszcze większa. W tym modelu to mi nie grozi.

Zostawiam Was z resztą zdjęć, a sama wracam do pracy! Udanego tygodnia!
I napiszcie jak taka wersja Sylwii z Salem Wam się podoba 😉
I w ogóle co słychać?
 A jakby ktoś był za tydzień w Warszawie – zapraszam na Galę!
Ściski!
VamppiV

skirt: DIY || top: New Yorker || blazer: H&M || bra: Intimissimi || shoes: CCC || bag: Queen of Darkness || sunglasses: no name || hat: Bershka

20 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *