stylizacje | makijaż

Outfit #121 – Pastel flower dress

Jeszcze tydzień temu mieliśmy piękną polską złotą jesień. Kolorowe liście układały się w wielobarwne dywany, słońce uparcie przebijało się zza coraz liczniejszych chmur, a temperatura, choć niewysoka, pozwalała funkcjonować. Wtedy też powstały te zdjęcia. Dobrze, że po miesiącach prób zgrania terminów udało mi się spotkać z Agnieszką z Lizard TV Studio. Gdyby termin przesunął się nam chociaż o tydzień, zamiast barwnych liści, na tych fotach gościłby śnieg, a przynajmniej mgły i deszcze. Jak myślicie, wróci jeszcze jesień w tym roku?
 
Jak wielokrotnie wspominałam mroczne i zimne dni mają na mnie zły wpływ. Jedyne na co mam ochotę to zawinąć się w kołdry i spać do wiosny. Z drugiej jednak strony jesień i zima to okres mojej zwiększonej aktywności literackiej – gdy pogoda nie zachęca do wystawiania z domu nosa (ani żadnej innej części ciała) – można rozsiąść się wygodnie przed komputerem, z kubkiem gorącej herbaty w ręku i pisać, pisać, pisać…
Mimo melancholicznej natury (albo: wbrew niej) stwierdzam dziś zatem: jesień i zima też mają swoje plusy!

 

Sukienkę, stanowiącą bazę tej stylizacji, planowałam pokazać Wam już dawno. Nosiłam ją w wakacje dość regularnie, za każdym razem w trochę innym wydaniu. Cieszę się jednak, że debiutuje właśnie dzisiaj – ze wszystkich zestawów ten uważam za najlepszy.
Uwierzycie, że to kwieciste cudo ma kilkadziesiąt lat? Tak, dobrze czytacie. W wakacje rozpaczliwie szukałam sukienki w drobne kwiatki (nie wiem co mi strzeliło do głowy, by nagle zakochać się w tym dotychczas znienawidzonym przeze mnie wzorze). Sukienka miała być krótka, dziewczęca, trochę nawet przez wzór babcina bądź infantylna. Oczami wyobraźni widziałam mój ideał, którego poszukiwałam w sklepach. Wiedziałam, że miksować go będę z ciężkimi żakietami i wyrazistymi butami. Ciągle jednak znaleźć nie mogłam…
Aż zajrzałam do przysłowiowej „szafy ze starociami”. Stamtąd uśmiechała się do mnie dawna spódniczka mojej mamy. Wyciągnęłyśmy maszynę, zrobiłyśmy karczek, wycięłyśmy asymetryczny dół… I nagle przed naszymi oczami pojawił się gotowy produkt: sukienka marzeń. Można by nawet rzec, że prawdziwie vintage rzecz.

Pastelowe buty i szalik mam w szafie od lat. Przyznaję, że rzadko je noszę – jakkolwiek kocham pastelowy róż, tak uważam, że potrzeba dużo wyczucia, by uniknąć przesadnej słodyczy. Czarne dodatki w tym zestawieniu były obowiązkowe. Żakiet upolowałam niedawno w Stradivariusie. Wykonany jest z materiału przypominającego zamsz i cudownie układa się na sylwetce. Swoją drogą w tym roku Stradi naprawdę daje radę – najchętniej wykupiłabym połowę najnowszej kolekcji. Dzielnie więc łapię zlecenia, podsumowuję budżet, a nawet planuję porządki w szafie! Kiedy jednak się do tego zmotywuję (bądź kiedy faktycznie znajdę czas) – nie wie nikt. Nie mam wprawy w sprzedawaniu przez Internet, marzy mi się jakiś swap w Poznaniu – zgarnęłabym całą torbę „błędów młodości”, posiedziała przy stoisku, poznała ludzi… i po kłopocie.
Póki co jednak – podziwiam. I dodaję kolejne ubrania do wishlisty. Wpadam chyba w zakupoholizm. Pocieszam się tylko stwierdzeniem, że gdy nadejdzie wiosna – zgodnie z tradycją w sklepach nie będzie nic w moim guście. Zimowe kolekcje zawsze są lepsze, bardziej „moje”. Po prostu.

Jak widzicie jakiś czas temu zostałam okularnicą. Nie, to nie są zerówki – to są okulary korekcyjne. Od lat noszę soczewki kontaktowe, czasem będę do nich wracać. Potrzebowałam jednak okularów, bo uważam je za opcję wygodniejszą, szczególnie na wyjazdach (a ostatnio dużo podróżuję). Pół roku chodziłam za wymarzonymi oprawkami – i nareszcie, są!
Człowiek ślepnie na starość, ale przynajmniej może udawać fajnego kociaka.
Inna kwestia, że noszenie okularów to ciekawe doświadczenie modowe. Uświadomiłam sobie do jak niewielu z moich dotychczasowych zestawów pasują. Choć korekcyjne, to stanowią element stylizacji. Czeka mnie sporo pracy by je poczuć i zaadaptować do swojego stylu. Jednak bez spiny – zawsze są pod ręką też soczewki. Mimo to mam sporo frajdy na myśl o poszerzaniu swoich stylistycznych horyzontów.
 

Czeka mnie zwariowany weekend. I Was chciałabym zaprosić do równie intensywnego spędzenia czasu! Dzieje się!
Ludzie z wielkopolski – jeśli się nudzicie, wpadnijcie na Game Industry Conference (na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich). Jest to impreza przy której mam przyjemność pracować jako PR Witch. W ramach GIC (czyta się: geek) odbywają się warsztaty dotyczące tworzenia gier, wykłady prowadzone przez gwiazdy branży, a także pokazy filmowe i wiele więcej. Tuż obok GIC trwa Poznań Game Arena, święto graczy, na którym byłam rok temu i mogę tylko stwierdzić, że chciałabym więcej – dużo gier, komputerów, strefa indyków (czyli twórców gier niezależnych) – no, jest moc. Po info zajrzyjcie tutaj.
Natomiast ludzi z okolic Krakowa gorąco w weekend zapraszam na Kfason – Krakowski Festiwal Amatorów Strachu, Obrzydzenia i Niepokoju. W tym roku w końcu uda mi się dotrzeć. Jako gość poprowadzę prelekcję dotyczącą zaburzeń osobowości oraz wezmę udział w panelu dyskusyjnym z innym pisarkami grozy – bowiem groza jest kobietą. Więcej informacji: fanpage wydarzenia.
W tym momencie mogę tylko żałować, że nie posiadam zmieniacza czasu, by być w obu miastach jednocześnie. Ostatecznie, jeśli ktoś będzie chciał mnie spotkać – uderzam na Kraków.

To by było wszystko na dziś. Wracam do szaleńczego pisania i mam nadzieję, że chociaż z częścia z Was – do zobaczenia!
Dobrego tygodnia,
VamppiV

 

 

dress: DIY || jacket: Stradivarius || Scarf: no name || shoes: CCC || backbag: no name

22 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *