niepełnosprawność,  przemyślenia

„(…)zadzwoniła do mnie nałogowa samobójczyni” – rozmowa z okazji Światowego Dnia Zapobiegania Samobójstwom

Choroby psychiczne to wciąż kontrowersyjny temat. Choć coraz częściej mówi się o tym, że musimy dbać nie tylko o ciało, ale też o naszą głowę, bo tempo życia jest zawrotne – unikamy tematu i boimy się pomocy specjalistów. Jednocześnie często nie potrafimy rozmawiać o naszych problemach lub się ich wstydzimy. Napisała do mnie Alicja* – dziewczyna, która na co dzień spotyka się z niezrozumieniem z powodu zaburzeń psychicznych. Na dwa dni przed Światowym Dniem Zapobiegania Samobójstwom rozmawiamy o chorobach, które rujnują życie i o tym, że wcale tak być nie musi.

Wierzymy, że ta historia przyniesie komuś ulgę lub zachęci do szukania profesjonalnej pomocy.

Sylwia: Napisałaś do mnie po lekturze mojego tekstu o niezrozumieniu osób z niepełnosprawnością przez osoby pełnosprawne i o głupich sytuacjach, z jakimi się spotykają. Ty nie jesteś niepełnosprawna ruchowo, ale chorujesz. Na czym polega Twoja choroba?

Alicja: Na pierwszy rzut oka nie zauważysz, że coś mi dolega. Nawet jak mi się przyjrzysz, to uznasz, że jestem całkiem zdrową osobą, która nie może mieć problemów. Przecież jestem młodą atrakcyjną kobietą. Nawet jak próbuje komuś zdemaskować swoją „chorą” stronę to zwykle spotyka się to z…  Ze wzruszeniem ramion. Bo przecież depresja, zaburzenia lękowe, ataki paniki… To nie jakaś straszna choroba.

S: Od jak dawna się leczysz i kiedy zdecydowałaś się na wizytę u lekarza?

A: Leczę się od roku. Poszłam do lekarza kiedy każdy dzień był masakrą.

S: Rozumiem, że spotykasz się z bagatelizowaniem, do którego przed chwilą nawiązałaś. Ale jak to jest naprawdę żyć z zaburzeniami?

A: Ostatecznie i tak moje słowa o zaburzeniach idą w niepamięć. A moje chorobliwe reakcje są odbierane jako złe zamiary, olewczość, ignorancja czy arogancja. Czasem słyszę, że robię z siebie ofiarę, że to mój pomysł na unikanie, na przykład obowiązków. 

Naprawdę jest tak, że są dni, gdy nie mogę przemóc się do wyjścia z domu. Dzwoniący telefon wprawia mnie w osłupienie, dzwonek do drzwi mnie paraliżuje, zaczynam się stresować, aż tak, że nie mogę złapać oddechu.

Przemogę się, bo przecież muszę iść do pracy, do sklepu. Okazuje się, że muszę odebrać telefon. Czuję się jak wyrwana ze snu, jakby mi ktoś przyłożył broń do skroni. Każdy krok kosztuje mnie zbyt wiele i czuję, że się rozpadam. A potem słyszę, że przecież chodzę na zakupy, bo lubię i co ja tam gadam? No tak, są dni, że wychodzę z domu bez zastanowienia. A są takie momenty, że nie mogę wstać z łóżka. 

Teraz spróbuj wyobrazić sobie relacje z bliskimi… A tak naprawdę to właśnie bliskie osoby mają największy problem z akceptacją i zrozumieniem. No przecież matka zna dziecko całe życie i wie, że jest leniwe! To jak jakiś lekarz może wymyślać depresję?! No właśnie. I tu zaczyna się dramat. Bo poczucie winy, wewnętrzny konflikt nie raz zaostrza objawy choroby. Ta presja, że trzeba spełniać oczekiwania. Że trzeba być zdrowym i witalnym, uśmiechniętym. A jak mogę być rozpadająca się, skoro mam dziecko? Przecież dziecko to istna radość życia, a ja czasem modlę się żeby ktoś zabrał je ode mnie na dobę, bo muszę zaszyć się w mojej bezpiecznej przestrzeni.

Nie wolno się bać, strach zabija duszę. Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. Stawię mu czoło. Niech przejdzie po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę. Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic. Jestem tylko ja.

Diuna, Frank Herbert

S: I kto Ci wtedy pomaga?

A: Zależy od sytuacji. I od tego, które zaburzenie się odezwie. 

Kiedy miałam najgorsze momenty z moją depresją (pojawiają się epizodycznie) – dochodziłam do myśli samobójczych i byłam o krok od odebrania sobie życia. Wtedy budził się we mnie jakiś automat i zaczepiałam na komunikatorze byle kogo. Prowadziłam rozmowę tylko po to, żeby myśl o samobójstwie „nie weszła mi za mocno”. Próbowałam oszukać własny umysł. Jakby to były dwie osoby w środku. 

Kiedy mam napad agorafobii, czyli lęku społecznego, to staram się chwytać osób będących w  pobliżu. To takie doraźne działanie. 

Bywa, że tracę oddech. Mam zaburzenia lękowe. Mogę dostać ataku lęku, gdy ktoś natarczywie dzwoni dzwonkiem dwanaście razy (a bywały takie sytuacje). Sięgam wtedy po komórkę i szybko nawiązuje kontakt z przyjaciółmi. Zarzucam „kotwicę” i czuję, że mam minimum gruntu pod nogami. 

Ostatecznie, gdy muszę zwierzyć się osobom najbliższym, boję się komentarzy, ignorowania, szydzenia. Wtedy dochodzi poczucie winy i strach przed odrzuceniem. To chyba najgorsza kombinacja. A przecież na co dzień mam różne zajęcia, robię fajne rzeczy, jeżdżę na wycieczki. Mam pasję. To nie klei się bliskim z hasłem: zaburzenia.

Cokolwiek jest poza tobą, możesz to zobaczyć i zastosować do tego swoją logikę. Lecz taki już mamy charakter, że przy zetknięciu z problemami osobistymi okazuje się, iż te najintymniejsze sprawy jest nam najtrudniej wydobyć na światło naszej logiki.

Diuna, Frank Herbert

S: Powiem trochę przekornie, tekstem, który sama często słyszę w kontekście mojej niepełnosprawności: „Na pewno nie jest tak źle! Na pewno są jakieś rozwiązania systemowe. Pomoc od państwa. Fundacje.”

A: Dobry żart. Jeśli żyjesz w puszce lęków, to trzymają się one na smyczy. Mało osób udaje się po pomoc. Przekonałam się do specjalistycznej pomocy w sytuacji, gdy zwykłe zakupy do domu kończyły się paskudnymi atakami paniki. Nie mogłam funkcjonować, a przecież musiałam, bo mam rodzinę, dziecko i pracę. Zwierzęta. Od kiedy biorę leki moje życie się odmieniło. O wiele lepiej radzą sobie z różnymi sytuacjami. Wiele epizodów się wyciszyło. Zdarza mi się w skrajnych sytuacjach stracić panowanie nad sobą, ale nie ma to takiej częstotliwości. Osoba z zaburzeniami jest związana ich zasadami i nie może się sama wyłamać. Dlatego tak ważna jest bliskość, zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. A gdy słyszysz, że udajesz i koloryzujesz, czy manipulujesz… Nie poczujesz się bezpiecznie.

A lęki bywają drobne, lecz męczące. Niektórzy nie zdają sobie sprawy, że są chorzy. Ja zobaczyłam jak bardzo miałam wypaczone zachowania przez chorobę dopiero jak zaczęłam się leczyć.

Poszłam z problem A i B. Biorąc leki dostrzegłam problem C, D, E i dalej, kolejne. Nie wymieniłabym ich jako objaw, bo ich nie zauważałam. W mojej głowie to było naturalne. To przekleństwo zaburzeń psychicznych.

S: Przeraża mnie, gdy mówisz, że żyjemy w społeczeństwie, w którym choroby psychiczne traktowane są jako „wymyślanie” i „udawanie”. W moim otoczeniu zawsze był ktoś z depresją, więc może stąd mój naturalny stosunek do problemu. Mówimy o tym jak ludzie nie powinni reagować. A jak w takim razie by mogli? Jaka jest ta „prawidłowa” reakcja, która nie zbagatelizuje Twojego problemu, ale też nie wymaga od osoby pytającej specjalistycznej wiedzy?

A: Oczywiście zależy od sytuacji. Zdarzyło mi się, że zadzwoniła do mnie nałogowa samobójczyni. Są osoby, które przy najmniejszym niepowodzeniu mają myśli samobójcze. Gdy zadzwoniła szlochając, z doświadczenia wiedziałam jak zareagować. Po pierwsze cierpliwość. I szczera troska. Cały czas rozmawiałam z nią, oferowałam się tak długo, jak potrzebowała. Pytałam, czy mam po kogoś zadzwonić. Gdy w końcu powiedziała co ją sprowokowało, zaczęłam tłumaczyć jak dziecku: „zobacz, to jest sytuacja, z której jest wyjście”. Mówiłam też „Musisz oddychać i postarać się dla mnie uspokoić. Wiem, że umiesz wiem, że ci ciężko. Proszę żebyś się postarała”. Dałam jej do zrozumienia, że rozumiem jej ból, rozumiem, że cierpi, nawet jeśli to cierpienie jest nieracjonalne. Pokazałam, że jestem „obok”. Potem pokazałam, że wierzę w nią i wiem, że jest silna. 

Pamiętamy, że podkopywanie pewności siebie jest najgorszą rzeczą, jaką można zrobić w takiej sytuacji. Nie wytykajmy wad, powtarzajmy co nam się w tej osobie podoba, co szanujemy. Ale szczerze, bo wymyślone atuty taka osoba wyczuje w sekundę i poczuje się trzy razy gorzej. 

Każdy lęk i każdy strach powinno się brać na serio. Nawet jeśli trudno nam jest to zrozumieć.

Brakuje mi tego u bliskich. Prostych i szczerych słów: „Jesteś silna” albo „Na pewno z czasem będzie lepiej.”. W zamian dostaję: “bo ty jesteś taka i owaka, musisz się ogarnąć, musisz coś ze sobą zrobić. Rusz się, leżysz ciągle, oczywiście – zawsze biedna!”

S: Wiele poradników w sieci mówi o tym, by zapytać „jak mogę Ci pomóc?”, a ja znam osobę, która zawsze wtedy reaguje złością „Gdybym wiedział, to sam bym sobie pomógł!”. To jak to jest z tym pytaniem? Może lepiej oferować rozwiązania? A może nie kombinować, nie wymyślać, tylko być obok?

A: Każdy z nas jest inny. Nawet jak mamy te same zaburzenia to u każdego mogą wyglądać nieco inaczej. To tak jak z chorym wzrokiem – krótkowidz i dalekowidz to osoby mające problem z oczami. Ale każdy inny. Depresja może wyglądać inaczej u mnie, a inaczej u mojego kolegi. Najbezpieczniej nie oceniać. Nie rzucać domysłami. Czasem wystarczy powiedzieć: “Pamiętaj, że jeśli będziesz potrzebować rozmowy to możesz zadzwonić”. To taka furtka. Bez oceniania, bez nacisku.

S: Zastanawiam się czy miałaś kiedyś sytuację, gdy przez brak zrozumienia otoczenia czy też systemowego wsparcia Twoja codzienność była zagrożona. Wiem, że choroba psychiczna jest zagrożeniem, że myśli samobójcze – to samo. Ale chodzi mi czy kiedyś wydarzyło się coś, że Twoja choroba mogła zrujnować Twoją codzienność, tak nagle, bez ostrzeżenia? Odebrać dziecko, zabrać pieniądze, zniszczyć pracę?

A: Oj tak. W pracy stale miałam problem, bo byłam wystawiona na obce osoby. Dzwoniący telefon doprowadzał mnie do zawału, ale mojego pracodawcy to nie obchodziło. Odbierając powinnam być skupiona i spełniać cudze oczekiwania – i tyle. A kiedy musiałam walczyć z lękiem, gubiłam się we własnych myślach. 

Bywały też momenty, gdy zwyczajnie znikały mi fragmenty pamięci. Doszłam do punktu, w którym zastanawiałam się czy to co pamiętam z mojego dnia się naprawdę wydarzyło. Czy nie zapomniałam o dziecku? 

Bywało, że odkręcałam kurki od gazu chcąc na przykład zagotować wodę, ale z moją głową działy się bliżej nieokreślone rzeczy… Nagle znajdowałam się w salonie robiąc zupełnie coś innego! A gaz leciał w powietrze! Tak, miała wiele niebezpiecznych sytuacji.

Ach miewałam też problemy z jedzeniem. Na przykład nagle przestawała mi pasować konsystencja wszystkiego, co miałam w lodówce. Więc nie jadłam, a przecież byłam głodna.

Tak jestem zgnębiony, że nie chcę się poruszać. Nie chcę żadnym poruszeniem przerywać zgryzoty.

Buszujący w zbożu, J. D. Salinger

S: Czy Twoje otoczenie wie? Zastanawia mnie cały czas to co powiedziałeś na początku: że Twojej choroby nie widać. Mi moja widoczna niepełnosprawność potrafi utrudnić życie, ale też wiele spraw ułatwia – widać, że mam problem, nie muszę się tłumaczyć. Ty mówisz o tym, że tłumacząc się spotykasz mur niezrozumienia. Wolałabyś by to było widać? A może mimo wszystko społeczeństwo tak źle reaguje, że zrobisz wszystko, by ukryć problemy?

A: Nie ukrywam. Mówię o tym wprost, bez wstydu. Zauważyłam, że im bliższej osobie to mówię, tym trudniej jest jej to przyjąć za pewnik. Każdemu się wydaje, że zna mnie lepiej, a psychiatra sie nie zna. Albo że dostałam złe leki – to standardowy tekst. Moja mama lubi wypierać moje problemy. Niby je przyjmuje do wiadomości, ale irytuje się, gdy nie umiem ogarnąć swojego otoczenia czy gdy coś wyleci mi z głowy. Wtedy dowiaduję się, że choroba to moja wymówka, a tak naprawdę mogłabym „się ogarnąć”. To samo z partnerem. Wie, że muszę brać leki, widział mnie w najgorszym stanie, wyrwał nóż z ręki. Ale są dni, kiedy nie może zaakceptować mojej choroby. Wtedy próbuje wywrzeć na mnie poczucie winy i udowodnić mi, że w sumie to nic takiego, a ja sobie korzystam „bo mam papier”. Tymczasem ja stoję przed lodówką dwadzieścia minut i płaczę, bo wszystko ma złą konsystencję, a po prostu muszę mieć danego dnia papkę!

Czasem co parę minut ucieka mi myśl. 

Zawsze próbowałam stawiać się w pozycji silnej i niewzruszonej. Izolowało mnie to od otoczenia i czułam się ciut lepiej. A i tak słyszałam, że lubię być ofiarą, że gram na emocjach. A ja mam problem z własną głową i przez to trudno jest mi czytać między wierszami. Niemal wcale mi się to nie udaje, muszę mieć wyłożone wszystko wprost. Wszystko biorę na serio, dosłownie. Czasem zastanawiam się czy nie mam niezdiagnozowanego Aspergera lub innego spektrum. Naprawdę mam problem z odczytywaniem emocji, przez co sama się gubię. Bywam tak zagubiona, że już nie wiem czy to choroba, czy ktoś inny jednak ma rację. Tak bardzo rządzi we mnie chaos, potoki myśli nie do opanowania. Skupienie to coś, czego u mnie nie uświadczysz, no chyba że chodzi o moje ścisłe zainteresowania.

S: Powiedzmy to sobie jasno: leki pomagają, ale nigdy nie doprowadzą do stanu pełnego zdrowia? Jak to działa?

A: Mój mózg ma uszkodzone „przewody”. Nie wyłapuje tych substancji, które powinien wyłapywać. Dzięki lekom moje komórki działają poprawnie. Silny, wieloletni stres wpłynął na „moje przewody”. Bez leków zwyczajnie nie będą działać dobrze. Jest szansa, że po długiej terapii mój mózg będzie zdolny robić to bez leków. Do tego powinna być psychoterapia, ale zwyczajnie mnie na nią nie stać.

Dzięki psychoterapii pewnie doszłoby do genezy moich zaburzeń. Jak na razie muszę rozplątywać sieć mojej choroby, żeby jakoś funkcjonować. I jest całkiem nieźle. Naprawdę! Czuję się dużo lepiej dzięki lekom.

O, wiem! To jak błądzenie we mgle. Leki rzucają mi światło. Jak ich nie biorę – światło gaśnie i znów nie wiem gdzie jestem. Jakbym dorzucila psychoterapię, odpaliłabym reflektor i może pozbyła sie mgły.

S: Płatna psychoterapia to poważny problem, zwłaszcza w świecie, w którym na każdym kroku ktoś nazywa się terapeutą i mówi, że Cię wyleczy, choć nie ma żadnej wiedzy. Znam osoby, które długo szukały pomocy i wyrzuciły dużo pieniędzy, nacinając się na oszustów. Powoli musimy zbliżać się do końca, więc wyobraźmy sobie, że ktoś wpływowy czyta naszą rozmowę i wróćmy do tematu rozwiązań systemowych. Co powinno się zmienić? Jak państwo mogłoby pomóc? Darmowa dobrej jakości psychoterapia, kampanie społeczne uświadamiające, że to choroba i co jeszcze byś zaproponowała?

A: Ja marzę o w pełni darmowej opiece psychiatrycznej i psychologicznej. O darmowych lekach. Gdy ktoś zdaje sobie sprawę z problemu, idzie do takiego punktu i nie musi liczyć złotówek. Gdy wiesz, że ktoś się tobą zaopiekuje rzetelnie i z pełnym oddaniem. Gdy masz atak paniki o drugiej w nocy to możesz przyjść i posiedzieć przy kimś, kto będzie miał na ciebie oko. Kilka razy szukałam takiej pomocy. Dzwoniłam nawet na telefon zaufania, ale pan niewiele mi pomógł. W kryzysowych sytuacjach dobrze by było wiedzieć, gdzie iść. Po prostu by móc usiąść i żeby ktoś pilnował co się z tobą dzieje.

S: Życzę tego Tobie i wszystkim osobom, które mają problemy psychiczne. Tak jak powiedziałaś: to nie zawsze są rzeczy wielkie, to czasem są drobiazgi, których nawet nie jesteśmy świadomi. A czasem problemy rosną do takiej rangi, że zagrażają i nam, i naszemu otoczeniu. Wierzę, że jest Ci ciężko, ale widzę, że masz przyjaciół i bliskich, którzy nie zawsze postępują właściwie, ale są – nie potrafię sobie wyobrazić jak ma funkcjonować osoba, która z braku środków na leczenie i narastających zaburzeń została samotna.

A: Niestety są takie osoby. I one nie zawołają o pomoc. To jest najstraszniejsze… To są matki, dziadkowie. Ludzie starszego pokolenia nigdy nie przyznają się przed sobą, że chorują. A mimo to wielu cierpi na depresję.

S: Na koniec spytam się o coś, co często też dotyka niepełnosprawności. Rozmawiając z Tobą online wyłania mi się obraz silnej kobiety, która odważyła się szukać pomocy, by żyć normalnie i to życie kosztuje ją wiele wysiłku. Ale czy lubisz słyszeć, że ktoś Cię podziwia? Albo że Ci współczuje? Co taki „idealny komentarz” pod tym artykułem powinien zawierać, byś poczuła, że warto było się przede mną otworzyć, a nie byś miała wrażenie, że ktoś Cię „upupia”? 

A: Hm… Nie zależy mi na współczuciu. Nie czuję się kimś, kto go wymaga. Cenię sobie zrozumienie. Taki jakiś stan pomiędzy. Gdy ktoś mówi „o kurcze, jednak to jest poważna sprawa”. Podziw sobie cenię, ale nie w temacie zaburzeń. Jednak nie słyszę tego za często. Nawet jak zdarza mi się usłyszeć to wydaje mi się to przesadzone, bo tak mam wbite do głowy, że jestem pasmem porażek. Jakoś ciężko mi przyjąć, że ktoś może mnie podziwiać. 

Wisi jeszcze nade mną przekleństwo atrakcyjnej kobiety. Jednocześnie słyszę „jesteś ładna to sobie poradzisz” i „myślisz, że wystarczy być ładna?!”.  Może to głupie, ale to, że ludzie patrzą na mnie przez pryzmat urody też wpędza mnie w lęki. Nie lubię być aż tak w centrum uwagi. Lubię kontrolowana uwagę – na przykład jak jadę na sesję zdjęciową. Ale nie jak uczepi się mnie natręt i wymyśla jaka jestem cudowna. Albo jak obskakują mnie dalecy krewni i czują się upoważnieni do macania mnie na przykład po włosach.

S: Życzę Ci jak najmniej takich natrętów i wiary w to, że zasługujesz na podziw. Powodzenia w walce z chorobą i dziękuję za rozmowę!

Zainteresował Cię temat? Alicja poleca te strony, portale i wydarzenia:

*imię zmienione na prośbę rozmówczyni

Jeśli podoba Ci się ten tekst, proszę podziel się ze znajomymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

shares
Skip to content